Dałem sobie w końcu spokój. W międzyczasie poznawałem również inne dziewczyny. Rekolekcje, pielgrzymka, różnego rodzaju inne imprezy, festiwale, itp. Znajomości od groma. Każda fajna dziewczyna wg mnie mogła potencjalnie być tą jedną jedyną. Jedno i duże ALE. Do żadnej z nich nie czułem tego co do mojej ukochanej, którą w zasadzie wybiłem już sobie z głowy. Postanowiłem niemyśleć o niej i usunąć wszystkie uczucia z pamięci i muszę przyznać, że poszło mi cakiem niesamowicie. Udało się. Nic nie czułem, poza lekkim ciepełkiem gdy ją spotykałem. Ale nasze relacje pozostawały na płaszczyźnie koleżeńskiej.
Potem mijał miesiąc, dawa, trzy... a ja jak dupa ciągle nic. Tylko praca, potem znowu studia, zamiast się ogarnąć, wolałem żyć w tym błogim stanie nieświadomości. Bo co jeśli jednak się jej nie podobam, co jeżeli nie widzi we mnie czegos więcej niż tylko kumpla? Bałem się... Bardzo bałem się pogadać o tym. To są sprawy, które niechętnie wywlekam do rozmowy. Jedno z moich mott mówi: "Lepsze jest wrogiem dobrego." A mi było dobrze. W zasadzie tak mi się wydawało. Może inaczej. Nie było mi żle. Ale strach paraliżował bardzo gd chiałem o tym pogadać, raz prawie nawet się odważyłem, ale i tak wszystko spełzło na niczym...
Najpierw jedno potem drugie i trzecie i wszystko zaczeło wracać... Już myślałem, że mam z nią spokój, a tu taka niespodzianka. Nie chciałem się mieszać, byłem zajęty pracą (projekty wnętrz, itp.) i szkoła i jakoś mi było z tym bardzo cudownie. Nie myślałem, o związkach w sumie to doszedłem do tego, że ja jestem chyba jeszcze niedojrzały w tych kwestiach i wypadało by poczekać z dwa trzy lata ogarnać się i może dopiero wtedy zaczać szukać żony. Jak widać Góra miała inne plany, albo poprostu się nademną znęcała. Po co mi to wszystko, to zauroczenie, niepotrzebne emocje i pytanie, a może jednak. Znowu byłem kompletnie rozbity i nie wiedziałem za bardzo co mam ze sobą zrobić. Uwielbiałem spędzać z nią czas, ale nienawidziłem sytuacji niepewności, a może jednak tak, a może jednak nie. Ja przyznaje się bez bicia niewiedziałem czego chce, tak jak pisałem wcześniej, byłem nedojrzałym baranem, który nie umiał sie pozbierać i okreśclić czego chce od życia. I teraz jeszcze ona znowu strzelała prosto w moje serce jak z łuku. Byłem ciekaw czy robi to specjalnie, czy zupełnie nieświadomie. Bałem się spytać, bo bałem się popsuć nasze relacje...
No ale nasze plany się kompletnie pokrzyżowały. Z wyjazdu w góry zostały nici. Jak się okazało ona wolała jechać ze swoimi znajomymi na mazury a i ja jakoś nie pałałem chęcią, a bardziej czasem do tego aby ją namawiać na zmianę zdania i wyjazd we wspólnym gronie. No i jak się jeszcze potem okazało nasi wspólni znajomi również nie mogli. Wiadomo praca szkoła zaliczenia inne plany... i z wyjazdu przysłowiowa "dupa". W ogóle jakoś nasz kontakt urwał się strasznie w tym okresie ja zająłem się nową pracą w biurze projektwym i zaprzątały mi głowę projekty indywidualne i projekty wnętrz, tak, że jedyne o czymmyślałem po pracy to chwila relaksu i spać. Coś chyba na nią zadziałało. gdzieś tak mniejwięcej w drugiej połowie lipca, no może pod koniec dostałem SMS'a. Cytuję "Spotkajmy się." Wtedy sobie przypomniałem o jej istnieniu. Właściwie wcześnie wymazałem ją z pamięci a teraz ten SMS i wszystko wraca jak bumerang...
Mówie wam nie rozumieć. Jak mówi jedno z moich ulubionych powiedzeń. "Kobiet nie można zrozumieć. Trzeba je kochać." No i wiedziony tą dewiząbrnąłem dalej. Po okresie milczenia (matur) znowu zaczęło coś iskrzyć. Był koniec czerwca ja miałem właśnie ostatnie egzaminy. Wracałem włąsnie ze szkoły z zaliczenia chyba lektoratu i spotkałem ją. Piękna jak zawsze uśmiechnięta. Zapytałem jak tam matury. Dawno się nie widzieliśmy nawet nie pisaliśmy. Powiedziała, że prawda dawno a matury chyba dobrze jeszcze nie ma wyniów, jak dostanie to się okaże, co i jak. Od słowa do słowa zaczęliśmy rozmawiać o wakacjach. Kompletnie nie wiem jak to się stało i czyją to było inicjatywą, ale umówiliśmy się na wspólny wyjazd w góry. Oczywiście nie mieliśmy jechać sami. W planach mieliśmy jeszczę namówienie naszych przyjaciół. Ale...